poniedziałek, 11 lipca 2016

Czas zacząć zabawę

Już po raz trzeci organizujemy letnie warsztaty dla młodzież z Wrocławia. Warsztaty w pełni są przygotowane przez naszych wolontariuszy. W tym roku zaprosiliśmy do współpracy Tamte, Mariam, Vanesse i Micheline. Zapraszamy do śledzenia ich relacji na naszym blogu. Dzisiaj zaczynamy


wtorek, 2 lutego 2016

Koniec i początek - Marta

Rok temu rozpoczynał się mój wolontariat w Stowarzyszeniu Zmergo. Po porzuceniu pracy w korporacji i szybkiego spakowania walizki marzyłam o spacerach wzdłuż morza i oddychania świeżym powietrzem w odróżnieniu od tego krakowskiego. Wtedy nie myślałam, że moja życie przez najbliższe 12 miesięcy zmieni tak bardzo.



Jako wolontariusz zdobyłam doświadczenia w organizacji eventów, pracy w zespole i efektywnego planowania swoim czasem. Poza tym zarządzanie stroną facebookową mojej organizacji dało mi możliwość poszerzania wiedzy na temat ochrony środowiska oraz ekologii. Dodatkowo zajmowałam się projektami w zakresie programu Erasmus+ - „wysłałam“ cztery osoby z Chorwacji na EVS, co dało mi niesamowitą satysfakcję, że mogli doświadczyć tego co ja. Napisałam także projekt treningu, który czeka na zaakceptowanie, jak i inne projekty gdzie moja organizacji ma być partnerem. W Chorwacji też po raz pierwszy organizowałam konferencję prasową i udzielałam wywiadu do telewizji (po chorwacku). Podsumowując, zdobyłam wiele nowej wiedzy na temat funkcjonowania organizacji pozarządowych, zarządzania projektami oraz rozwinełam swoje umiejętności personalne i kompetencje zawodowe. Pisząc moj Youthpass zdałam sobie sprawę ile tego wydarzyło się w tym roku i ile tego się nauczyłam.

Moje życie zmieniło się także w strefie personalnej. Drugi wolontariusz pochodzący z Hiszpanii i mój współlokalor, dzisiaj jest moją drugą połówką. Po wielu rozmowach i rozterkach postanowaliśmy kontynuować nasze życie w Chorwacji pomimo wielu przeszkód. Na początku nie wiedzieliśmy gdzie znaleźć mieszkanie i gdzie będziemy pracować, jednak dzięki naszej determinacji drzwi do szczęścia zaczęły się powoli otwierać. W realizacji tego planu pomogła nam nasza mentorka, która znalazłam nam tanie mieszkanie oraz organizacja Zmergo, która zaproponowała mi pracę na 5 miesięcy po zakończeniu naszego EVS-u.

Dzisiaj pisząc ten tekst siedzę w nowym mieszkaniu otoczonym przez zielone wzgórza i z widokiem na morze. Wczoraj do Opatiji przyjechali nowi wolontariusze, których pracę będę wspierać i pomogać przy realizacji ich projektu. Jutro zamiast o 9, zaczynam pracę o 7:30, a czekam na mnie sporo obowiązków.

EVS jest szansą dla każdego na zmianę życia i to od was zależy jak wykorzystacie swój czas. Nie warto czekać, aż pojawią się możliwość – trzeba tych możliwość szukać, walczyć o nie i nigdy się nie poddawać.

niedziela, 24 stycznia 2016

Wystawa podsumowująca EVS Marty

Ostatnie tygodnie mojego pobytu w Chorwacji spędziłam na organizacji wystawy podsumowującej 12 miesięcy pracy w organizacji Zmergo oraz wielu podróży. Razem z drugim wolontariuszem, Samuelem, postanowiliśmy uroczyście zakończyć nasz EVS i nie dać o sobie zapomnieć mieszkańcom Rijeki i Opatiji.


Otwarcie wystawy zaplanowaliśmy na 15 stycznia. Od początku do końca cała organizacji tego wydarzenia zależała od nas i byliśmy w pełni odpowiedzialni za każdy szczegół. Było to niemałe wyzwania wymagające dobrego zarządzania czasem oraz dostępnym zasobami.
Pierwszym krokiem było znalezienie miejsca na naszą wystawę. Ponieważ budżet mieliśmy dość ograniczony szukaliśmy miejsca, gdzie można zorganizować wystawę bezpłatnie, ale które jednocześnie znajduje się w centrum Rijeki i odwiedzane przez młodych ludzi. W końcu wybór padł na studencką galerią w jednym klubie muzyczno-kulturalnym o nazwie Palach. Po oglądnięciu pomieszczeń oraz uzgodnienia szczegółów z kierowniczką galerii mogliśmy zabrać się za przygotowywanie materiałów na wystawę.

Przez kilka dni wybieraliśmy najlepsze zdjęcie z naszej całorocznej kolekcji. W tym etapie dochodziło do kilku konfliktów, które jednak rozwiązaliśmy konsensusem. Następnie Samuel zajął się przygotowaniem zdjęć do wywołania, a ja kontaktem z firmą drukarską oraz stroną finansową. Nie ograniczyliśmy się jedynie do zdjęć, ale także stworzyliśmy dwa filmy będące przeglądem naszych nagrań z całego roku, szczególnie z naszych podróży autostopem po Chorwacji i Czarnogórze.




Gdy materiał do wystawy był gotowy zajęliśmy się promocją. Artykuł napisany przeze mnie i promujący otwarcie naszej wystawy pojawił się na lokalnych portalach oraz w jednej z gazet. Co więcej ku naszemu zaskoczeniu także lokalna telewizja przyjechała do naszego biura i mogliśmy prosto do kamer zachęcić do odwiedzenia naszej wystawy. Dziennik, w którym się pojawiliśmy możecie zobaczyć tutaj:









Na dzień otwarcia wystawy zaplanowaliśmy prezentację programu wolontariatu europejskiego oraz naszych aktywności w czasie trwania projektu. Nie obyło się też bez cateringu przygotowanego przez nas – polskich zapiekanek i wódki oraz hiszpańskiej tortilli i sangrii.


W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień 15 stycznia. Rano gotowanie, szybki makijaż i zawiezienie wszystkiego do galerii. Otwarcie przewidziane było na godzinę 19, ale jeszcze przed rozpoczęcie udzieliliśmy wywiadu do kamery dla lokalnego portalu.



Po prezentacji został już tylko czas na przyjemności – jedzenie, picie, oglądanie zdjęć i filmów. Na otwarcie przyszło sporo młodych ludzi, którzy byli także zainteresowani EVSem. Najlepszym uczuciem było spotkanie się z naszymi przyjaciółmi. Wystawę można było zwiedzić jeszcze przez tydzień po otwarciu. Ku naszemu zaskoczeniu w ciągu tego tygodnia odwiedziły nas dwie osoby, które zabierały się na stop w czasie podróży. Było to niesamowite uczucie! I wspaniałe zakończenie mojego EVS-u...

Nasze filmy:







czwartek, 1 października 2015

Wyspa Vis - ucieczka do raju

Po zakończeniu mid-term meetingu (spotkania wolontariuszy w połowie trwania ich projektów) nie chcieliśmy tak szybko opuszczać wspaniałej Dalmacji, więc postanowiliśmy odkryć jedną z najdalej oddalonych od wybrzeża wysp chorwackich, a mianowicie Vis. W szóstkę kupiliśmy bilety na prom i żądni przygód wypłynęliśmy w 2 godzinny rejs. Po drodze cudowne widoki Hvaru i Bracu przypominały nam jakie szczęście mamy mieszkając w tak przepięknym kraju. W końcu dotarliśmy do naszego celu!


Jeszcze 20 lat temu, wyspa Vis była niedostępna dla zwykłych turystów. I choć historia tego miejsca sięga czasów Cesarstwa Rzymskiego (w starożytnych zapisach pojawia się pod nazwą Issa), przez wieki wyspa była świadkiem walk i wojen, będąc bazą dla armii brytyjskich, austriackich, włoskich aż w końcu jugosłowiańskich.  W czasie wojny jugosłowiańskiej, pełniła ona rolę fortu wojennego z ponad 30 obiektami wojskowymi takimi jak szpital czy podziemny tunel dla okrętów wojennych. Wojska opuściły wyspę w maju 1992 roku i dopiero wtedy zaczął się tutaj rozwój gospodarczy, a co za tym idzie także ruch turystyczny. Dzięki temu jednak Vis jest wciąż nieznany dla wielu osób, a przyroda nie tknięta tak bardzo przez ludzkie ręce.
Prom zatrzymuje się w miejscowości Vis, głównego miasta wyspy. Znajdują się ono w małej zatoce, a wpływając tam i widząc z oddali miasto i nabrzeże czuliśmy, że jest tu… inaczej.


INFORMACJA TURYSTYCZNA : MY 1:0
W Visie nie zagościliśmy na długo. Głównym celem tego popołudnia była wizyta w supermarkecie i piekarni oraz zaopatrzenie się w jedzenie na kolejne 15 godzin. W celu zadecydowania o miejscu spędzenia dzisiejszej nocy, udaliśmy się do informacji turystycznej, gdzie czekał na nas uprzejmy starszy pan. Dał nam mapy, zapytał czy mamy nocleg i wskazał ładne plaże. Jednym z miejsc, które chcieliśmy obowiązkowo zobaczyć była plaża będąc w top 10 najpiękniejszych plaż Chorwacji, której niestety nazwy nie mogliśmy sobie przypomnieć. Na szczęście jej zdjęcie widniało na jednym z katalogów, więc zapytaliśmy o nazwę miłego pana, który wskazał nam na mapie plażę Stončica. Okazała się być oddalona 7 km od Visu, więc nie zastanawiając się wyruszyliśmy w drogę.
Standardowo zamiast środków komunikacji publicznej liczyliśmy na pomoc dobrych kierowców. Łapanie stopa w szóstkę wydaje się dość skomplikowane, jednak ludzie na Visie okazali się być mega otwarci i po pół godzinie byliśmy prawie na miejscu. Do przejścia pozostały nam zaledwie 2 kilometry, aby znaleźć się w wymarzonym miejscu. Jednak im bliżej byliśmy morza, tym mniej wybrzeże przypominało to z katalogu… W końcu zapytaliśmy napotkanych Austriaków o naszą wymarzoną plażę… która jak się okazało była po przeciwnej stronie wyspy. Początkowa euforia na chwilę przygasła, ale niezłamani udaliśmy się na szukanie innej miejscówki – jesteśmy w końcu na Visie, więc każda plaża musi być piękna. Wdzięczni panu z informacji turystycznej szliśmy niestrudzenie wzdłuż wybrzeża, które powoli stawało się coraz bardziej skaliste i niebezpieczne. Silne fale uderzały o brzeg, a słońce powoli zachodziło za horyzont…
Po wspinaczce wśród skał i zarośli w końcu dotarliśmy na inną plażę…Ciężko było nazwać ją rajską… Przywitało nas bowiem mnóstwo śmieci na brzegu i stary opuszczony dom z tabliczką „For sale – 500 000 EURO” (!)
Ok nic nie szkodzi. Jesteśmy na Visie, a to najważniejsze. Szybkie rozłożenie rzeczy, ustalenie gdzie będzie nasza toaleta i mogliśmy w końcu spożyć kolację. Gwiazdy, morze, pełnia księżyca… Ostatecznie nie był tak najgorzej. Byliśmy na końcu długiej zatoki o nazwie Uvala Velika Smokova, otoczeni przez lasy i bez cywilizacji w obrębie 5 km. Zapowiadała się przyjemna lipcowa noc. Prawie już zasypialiśmy, gdy nagle zerwał się silny wiatr. I tak wiało do 5 nad ranem. Marzenie o ciepłej lipcowej nocy na rajskiej plaży musiało poczekać. Rano jednak obudziło nas spokojne, czyste morze…

Po porannej kąpieli postanowiliśmy się wydostać z naszego małego raju. Nie było to jednak takie proste, gdyż nie było tam żadnej drogi, a dojście do najbliższej cywilizacji wymagało przedarcia się przez gęsty las. Początkowo wydawało się, że jest tam jakaś ścieżka. I może była, ale 20 lat temu. W końcu po 2 godzinach, poharatani i spoceni znaleźliśmy wiejską drogę prowadzącą nie wiadomo gdzie.  Pamiętacie z początku wpisu, jak wspominałam, że do niedawna jeszcze Vis był bazą wojenną? No właśnie…a gdzie wojna, tam i miny…Po kilkunastu metrach ujrzeliśmy ten znak.






Przed nami były jeszcze 2 kilometry wędrówki wśród pustkowia i opustoszałych wojskowych terenów. W końcu droga asfaltowa! Na końcu drogi zobaczyliśmy te znaki i wszystko nabierało sensu.



KOMIŽA
Naszym następnym przystankiem była Komiža, która jest drugim co do wielkości miastem na Visie. Miasto to od zawsze słynęło z rybołówstwa. Zapiski z XVI wieku mówią, że w ciągu jednego dnia wyłowiono aż 3 miliony sardeli. Dzięki morskiemu urodzaju miasto wzbogacało się, co pozwoliło na zbudowanie kościoła, fortyfikacji i domów.

Jeden z kościołów w Komižy – sv. Marije (Gospe Gusarice) –powinien was szczególnie zainteresować; znany jest on bowiem z najstarszych w Dalmaciji organów, których twórcą był …. polski mnich, Stjepan Kilarević z Krakowa. Położony jest przepięknie nad samym morzem, a zaraz pod kościołem na słońcu wylegują się turyści. Widok dość niespotykany, a tym bardziej ciekawy.
Komiža ma charakter typowo śródziemnomorski – wąskie uliczki, jasne kolory budynków i pranie rozwieszona na każdym rogu. W mieście znajduje się także kilka pięknych plaż z cudownie przejrzystą wodą i bogatym światem podmorskim. Tutejsze wody pełne są skorupiaków (jastog i hlap), tuńczyków oraz innych wysokiej jakości ryb. Typowym tutejszym przysmakiem, który można dostać w każdej piekarni jak i restauracji jest komiška pogača. Jest to pewnego rodzaju ciasto drożdżowe napełnione w środku farszem, którego głównym składnikiem są słone ryby typu sardele lub anchois. Zdecydowanie must-try na Visie!
Z Komižy można dostać się także do pobliskiej wyspy Biševo słynącej z Błękitnej Jaskini. Z racji tego, że taka przyjemność kosztuje 150 kun, musieliśmy odpuścić, ale na pewno warto się tam wybrać.
Noc na rajskiej plaży – STARCIE NR 2
Opuszczając Komiže, zastanawialiśmy się, czy marzenie o spędzeniu nocy na jednej z rajskich plaż Visu spełni się tego dnia… Łapiąc stopa, w końcu dotarliśmy do wymarzonego miejsca. Szybko przekonaliśmy się, dlaczego Stiniva to jedna z bardziej rozpoznawalnych plaż nie tylko na Visie, ale i w Chorwacji.
Jednak, aby ujrzeć to prawdziwe piękno przyrody, należy zejść po dość stromym zboczu, co może potrwać około 20 minut. Cały wysiłek jest w pełni opłacalny, bo plaża naprawdę przypomina te na tajlandzkich wyspach. Stinivę zamykają dwie wysokie skały tworząc niewielki przesmyk, dochodzący do 4 metrów szerokości i oddzielający ją od pełnego morza. Widok jest zachwycający zarówno od strony lądu jak i od strony morza….W czasie nocy wysokie skały ochroniły nas od wiatru, a leżaki z baru idealnie sprawdziły się do spania.




VIS
Ostatnie przedpołudnie przed załadowaniem się na prom powrotny do Splitu, spędziliśmy w mieście Vis. Zdecydowanie bardziej podoba mi się Komiža, ale nie mniej Vis jest również przepięknym miastem. Dość szeroko rozciąga się wzdłuż wybrzeża, oferując odwiedzającym wiele pięknych plaży. Centrum charakteryzuje podobna architektura o tej z Komižy. Wąskie uliczki, jasne budynki, ale zdecydowanie więcej osób w kawiarniach i restauracjach. Vis jest także top destynacją dla nurków z całej Europy
Wsiadając do promu żałowaliśmy, że to wszystko trwało tak krótko. Po odpłynięciu mogliśmy jeszcze przez chwilę podziwiać Vis i jego magiczne zakątki…
Ciekawostki

Po raz pierwszy na Visie widziałam drzewo nazywane przez chorwatów rogač, a przez nas oficjalnie szarańczyn strąkowy, znany jako drzewo karobowe. Charakterystyczne dla tego drzewa są owoce, które przypominają trochę zeschnięte banany. W środku posiadają miękki, brązowawy miąższ oraz nasiona, które swoimi wartościami odżywczymi porównywalne są do kakao.




poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Mój pierwszy projekt osobisty – nauka hiszpańskiego dla dzieci

W czasie wolontariatu przychodzi taki czas, kiedy chce się zrobić coś samemu od początku do końca realizując własne pomysły. Dzięki temu każdy wolontariusz ma szansę na realizację swojego personalnego projektu. Moja inicjatywa narodziła się z obserwacji otoczenia wraz z drugim wolontariuszem Samuelem. Od przyjazdu wiele osób wyrażało zainteresowanie językiem hiszpańskim i kulturą tego kraju. Przez ostatnie miesiące mieliśmy także trochę kontaktu z dziećmi poprzez warsztaty dla nich prowadzone w ramach dni ekologiczne. Razem doszliśmy do wniosku, że moglibyśmy w trakcie letnich miesięcy prowadzić lekcje hiszpańskiego dla dzieci. Nasza organizacja skontaktowała się z stowarzyszeniem dla dzieci z Opatiji i tak po kilku rozmowach ustaliliśmy, że będziemy prowadzić zajęcia z języka hiszpańskiego przez dwa tygodnie w ramach letniej półkolonii.




Przygotowania zaczęliśmy już miesiąc przez rozpoczęciem zajęć. Opracowaliśmy wstępny plan po czym spotkaliśmy się z pracownikami stowarzyszanie w celu ustalenia szczegółów. Dostaliśmy od nich ogromne wsparcie oraz materiały do wykorzystania. Nasz program nauki języka hiszpańskiego opierał się głównie na zabawach, piosenkach oraz warsztatach. Ponieważ działalność naszej organizacji związana jest z ekologią, w programie uwzględniliśmy również i ten aspekt.



Zaraz przed rozpoczęciem zajęć naszym zadaniem było także wypromowanie tego wydarzenia w mediach. Moi zadaniem było zorganizowania niewielkiej konferencji prasowej dla lokalnych mediów, napisanie artykułu  i promocja na Facebooku. Konferencja prasowała była dla mnie nielada wyzwaniem... Spodziewaliśmy się przybycia na nią maksymalnie dwóch reporterów, a niespodziewania pojawiła się lokalna telewizja... Stres był dodatkowo większy, gdyż wszystko mówiłam w języku chorwackim. Z pomocą kolegi z organizacji, przedstawicielki dziecięcego stowarzyszenia oraz oczywiście mojego hiszpańskiego kolegii konferencja okazała się być sukcesem, a jej przebieg możecie oglądnąć tutaj (od minuty 11:20)


Pierwszy dzień zajęć był dla nas dość stresujący... Nie wiedzieliśmy co nas czeka i obawialiśmy się, że dzieciaki nie będę zainteresowane. Ponieważ dzieci było sporo, bo około 35, każdego dnia były one podzielone na dwie grupy i z każdą mieliśmy 1 godzinę zajęć. Na sam początek przygotowaliśmy dla nich identyfikatory z flagą Hiszpanii oraz ich imieniem, więc pierwsze 10 minut zajęć spędziliśmy na ich rozdawaniu i przy okazji zapoznawaniu się z wszystkimi imionami. Potem wszystko przebiegało bardzo szybko... Nauka podstawowych zwrotów, kolorów, liczb, różnorodne zabawy związane z częściami ciała, zwierzętami, rodziną, warsztaty recyklirania papieru, a przede wszystkim mnóstwo śmiechu i radości.



Bywały gorsze i lepsze momenty; czasami było ciężko skupić uwagę wszystkich dzieciaków i zapanować nad nimi, ale dzięki pomocy pracowników stowarzyszenia mogliśmy zrealizować wszystko to, co zamierzaliśmy. Prawdziwą satysfakcję przynosiło nam to, gdy dzieci potrafiły powtórzyć słowa z dnia poprzedniego czy zaśpiewać piosenki po hiszpańsku, których ich uczyliśmy. Przez dwa tygodnie cała nasza uwaga było skoncentrowana na lekcjach hiszpańskiego i staraniem się, aby jak najlepiej urozmaicić program. Po kilka dniach przyzwyczaiłam się, że dzieci wołają do mnie teta Marta (teta w chor. oznacza ciocia lub w bliższyh relacjach tażke pani).



Ostatni dzień był z jednej strony pełen radości – rozdawania certyfikatów dla każdego z dzieci i malowanie flagi Hiszpanii na ich policzkach, śpiewanie i tańczenie poznanych piosenek oraz wspólne jedzenie hiszpańskiej tortilli. Z drugiej jednak strony zdaliśmy sobie sprawę, że to koniec i będziemy za nimi bardzo tęsknić. Szczególnie było nam miło, gdy mówili nam jak to im się podobało i co oni teraz będą robić bez hiszpańskiego. Ostatnie adios było bardzo ciężkie, ale wspaniałe wspomnienia i uczucie samorealizacji pozostanie na długo...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Włoskie wolontariuszki we Wrocławiu!

Hi!

We are Nicoletta and Marcella, two Italian girls. We'll talk you about our experience in the Volunteer European Service .We arrived in Wroclaw the first day of July to start the EVS project in a Summer School. We have always loved to travel and it was our first time in Poland. We really enjoy the place, its artistic heritage is really enchanting, and every day you can find different cultural project in the city like the Cinema Festival in the main square, we also have appreciate polish typical dishes like Pierogi or all the different kind of soup :) and of course polish beer .

We really enjoy the project because working with kids is very gratifying and to help them give us the opportunity to learn another language. We get in touch with polish culture. Its tradition is so ancient and the history of Wroclaw so particular, like the little statues of dwarfs that we have found in many different places, they were all making some different job.

This project give us the opportunity to meet a lot of people coming from different country like Georgian girls with whom we divide the flat and of course Sebastian our tutor who is really helping us and he is kind of a guide for us.
Our work is to organize plan for the day of the kids teaching them something while they play and have fun ,like the day of arts or tolerance or cultural difference.

We are trying to teach them the mutual respect for other people and different culture by the destroying of stereotypes. Kids seem to be very interested in the project and they are very sweet when they try to explain you something or they try to teach you their games because of their fantasy and naivety .The very difficult part is to learn Polish .

Not for the teacher but because is a very difficult language but we are trying  to learn it having fun and trying to talk with polish people.
Now we salute you and we totally recommend you this experience because it's a good experience to test our organizational skills and of course to test our selves has individual .

Goodbye !


Buzka pa!

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

To już połowa…

Zaczynając EVS wydawało mi się, że rok to bardzo dużo czasu… Gdyby przeczytałam informacje o mid-term treningu [treningu dla wolontariuszy, których projekt trwa dłużej niż 6 miesięcy - red CIU], zdałam sobie sprawę, że właśnie mija 6 miesięcy odkąd przyjechałam do Opatiji.


Pierwsze miesiące były bardzo intensywne i pracowite – zapoznawanie się z nowymi obowiązkami, poznawanie nowego miasta, ludzi, dzielenie mieszkania z drugim wolontariuszem – jednym słowem zdobywanie dużo nowej wiedzy i umiejętności. Gdy wreszcie nadeszło upragnione lato, tempo pracy  zaczęło nieznacznie spadać, ale przyszedł czas na podróżowanie i odkrywanie nowych miejsc.



Na półmetku EVSu przychodzi czas na refleksje i małe podsumowanie tego, co do tej pory udało mi się zrobić. Jest to też moment na zaplanowanie kolejnych miesięcy, aby je w 100% wykorzystać. Z tych właśnie przyczyn organizowane są mid-term treningu, na których zbierają się wolontariusze z pozostałych miejsc w Chorwacji. Nasze spotkanie odbyło się w Splicie, w środku upalnego lata.






Podróż do Splitu nie należała do najprzyjemniejszych – 9 godzin w autobusie z Rijeki do Splitu, przemierzając całe wybrzeże Chorwacji i zatrzymując się w każdym mieście po drodze… Szybko jednak zapomniałam o ciężkiej podróży widząc przepiękny Split i moich przyjaciół. Część osób, które uczestniczyło w treningu poznałam już na on-arrivalu [treningu, który odbywa się w kilka tygodni po przyjeździe do kraju goszczącego - red. CIU] w połowie lutego.





Przez kolejne 4 dni spędziliśmy czas na dyskutowaniu o naszych projektach, dzieleniem się wrażeniami, problemami i sukcesami oraz planowaniu pozostałych miesięcy naszego EVSu jak również życie po EVSie. Oprócz tego mieliśmy czas na plaże (od morza dzieliło nas 100 m), zwiedzania przepięknego (choć bardzo upalnego i zatłoczonego) Splitu oraz wspólne imprezy. Nie obyło się także bez tradycyjnej dalmatyńskiej kolacji.





Nowe znajomości, doświadczenia i świeża energia do pracy i samorealizacji to jedne z efektów treningu. Powrót do Opatiji był ciężki nie tylko ze względu na długą podróż autobusem, ale przede wszystkim na świadomość, że to już połowa mojego wolontariatu…I coraz częściej się zastanawiam jak zaplanować moje życie po EVSie…