środa, 22 października 2014

Drugorzędne spotkania i pierwszorzędne podróże - Jagoda we Francji

Tydzień temu w Maison de l’Europe odbyła się konferencja z attache kulturalnym Cypru, choć nie końca to było planowane… Zaproszono bowiem samego ambasadora, ten jednak został wezwany na interwencję gdzieś w północnej Afryce i na tydzień przed jego przyjazdem w Agen zadzwoniono z ambasady, żeby wszystko anulować. Było mi szkoda mojej pracy, tak pieczołowicie składałam setki zaproszeń na tę konferencję! Po proteście zarządu Maison de l’Europe, przysłano nam w zastępstwie attache (na zdjęciu). Niestety, niewielu mieszkańców Agen przyszło na jego wystąpienie, zresztą muszę stwierdzić, że nie należało ono do szczególnie pasjonujących.


Przez ostatnie dwa tygodnie, wspólnie z  niedawno zatrudnioną animatorką, pracowałyśmy nad organizacją wieczoru obcokrajowców, który ma na celu integrację młodych z całego świata przybyłych do departamentu jako asystenci językowi, au pair, stażyści. Ponadto przygotowałyśmy projekt cyklu spotkań z dziećmi ze szkoły podstawowej, którym postaramy się przybliżyć tematykę europejską. Poza tym, przypadkowo odkryłam, które z zadań zlecanych przez Maison de l’Europe jest moim ulubionym – co więcej, to coś, co za pierwszym razem szczerze znienawidziłam! Polubiłam mianowicie rozwożenie plakatów i ulotek po całym mieście. Razem z moją współpracowniczką przejeżdżamy całe Agen, opuszczone szyby samochodu, wiatr we włosach, dyskutujemy o życiu i przy tym odwiedzamy szkoły, centra animacji, ratusz, muzeum, bibliotekę - daje nam nie tylko odpoczynek od biura i komputerów, ale niekiedy też okazję do rozmów z ludźmi zatrudnionymi w tych instytucjach.


W międzyczasie zwiedziłam Bordeaux (na zdjęciu poniżej) i Tuluzę (na zdjęciu powyżej), miasta pomiędzy którymi, prawie dokładnie po środku, leży Agen. I to nie koniec podróży: stoi przede mną wielki plecak turystyczny i przypomina, że muszę go w końcu spakować, co dla mnie, jak dla większości kobiet, jest sporym wyzwaniem. Jutro wyjeżdżam i wrócę do Agen dopiero za dwa tygodnie. Zaczynam od seminarium wolontariuszy w malutkiej wiosce koło Angoulême (właściwie, nie jestem pewna czy jest tam rzeczywiście wioska, czy to po prostu sam ośrodek szkoleniowy, rzucony gdzieś między lasami), stamtąd udaję się na weekend do Lyonu, po czym do Saint-Etienne na forum młodzieży. Szczęśliwie udało mi się przekonać przełożoną do propozycji mojego znajomego, dzięki czemu spędzę tydzień na międzynarodowym zjeździe na temat polityki młodzieży.


Tak… tylko najpierw trzeba się spakować.


wtorek, 7 października 2014

Nabieram rytmu - Jagoda, "Ensemble, faisons mieux connaître l Europe"

Skwar w Agen szczęśliwie trochę zelżał, mogę więc zacząć koncentrować się na pracy zamiast wycierać strużki potu spływające mi po twarzy przy najmniejszym ruchu. Wszyscy wrócili już z wakacji do codziennych obowiązków, życie nabiera regularności a i moje zadania stają się bardziej klarowne. Przyzwyczajam się coraz bardziej, uczę się akceptować spóźnienia, nabieram biegłości w rozumieniu tutejszego akcentu i czuję się prawie jak u siebie. Prawie – bo nigdy chyba nie można poczuć się za granicą zupełnie jak w domu.

W zeszłą sobotę Maison de l’Europe organizowała dzień drzwi otwartych, co było dla mieszkańców okazją do zapoznania się z działalnością instytucji, w szczególności z ofertą kursów językowych (angielski, hiszpański, portugalski, rosyjski, chiński, francuski jako język obcy). Przygotowania, w tym próby reklamowania wydarzenia, były nieco męczące: woziliśmy plakaty po mieście szukając miejsc, w których moglibyśmy je przykleić, wrzucaliśmy ulotki do skrzynek pocztowych, sprzątaliśmy i dekorowaliśmy sale. Podczas drzwi otwartych rozmawiałam z osobami zainteresowanymi Wolontariatem Europejskim, poznałam wszystkich pracujących tu lektorów (wśród których szczególnie liczną grupę stanowią anglofoni) i wolontariuszy zajmujących się kwestiami administracyjnymi. Wieczorem natomiast przyszedł czas na to, co Francuzi lubią najbardziej, czyli na wspólną kolację z winem.

Nie miałam tym razem ani trochę końcowo tygodniowego wypoczynku, ponieważ w niedzielę pomagałam mojej tutorce, jednocześnie będącej przewodniczącą jednej z dzielnic, w organizacji pchlego targu, w którym wzięło udział około stu sprzedających. Roznosiłam kawę, kroiłam ciasto, smażyłam frytki a pomiędzy tym wszystkim dowiedziałam się, że sąsiedni Le Passage jest miastem partnerskim naszej Włoszczowej i że odbywa się tam całoroczny kurs języka polskiego – zamierzam odwiedzić uczących się i podyskutować z nimi po polsku.

Mogłam oddać się również mojej pasji, czyli książkom, bowiem zgłosiłam się do opracowania biblioteczki anglojęzycznej. Maison de l’Europe otrzymała od prywatnego darczyńcy jego zbiory, które ja następnie w każdej wolnej chwili katalogowałam. Mamy blisko trzysta tomów, pozostaje zakupienie odpowiednich regałów i wypożyczalnia zacznie funkcjonować.

Wszystko co dobre, szybko się kończy - Summer under 12 stars.

Trudno uwierzyć, jak szybko minęły te dwa miesiące. Nawet teraz, kiedy na lotnisku czekamy na samolot do Polski, ciężko przyznać, że to już wszystko. Nasz EVS dobiegł końca.

Ostatni tydzień projektu poświęciliśmy naszym autorskim warsztatom. Tak więc Basia uczyła chemii budując z uczniami St. George Gymnasium najprawdziwszy wulkan. Ania i ja uczyłyśmy polskiego (kto potrafi wymówić „w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”?), prezentowałyśmy polskie tradycje, a nawet roztańczyłyśmy salę w rytm poloneza.

Najbardziej udany był jednak ostatni dzień projektu, podczas którego udało nam się zabrać dzieciaki na wycieczkę do Parku Krajobrazowego Martvili. Miejsce to, bogate w liczne zabytkowe cerkwie, pałace, ruiny zamków oraz spektakularny kanion bardzo spodobało się zarówno naszym podopiecznym, jak i nam. Był to miły akord kończący dwumiesięczną przygodę z dzieciakami z którymi naprawdę zdążyliśmy się zaprzyjaźnić.


Ponieważ planując powrót do Polski zostawiliśmy sobie kilka dni wolnego po zakończeniu projektu, udało nam się jeszcze odwiedzić Abchazję. Separatystyczna Republika, przez większość świata uznawana za część Gruzji (jej niepodległość uznaje jedynie Rosja, Wenezuela i Nikaragua), ciekawiła nas już od dłuższego czasu, jednak z powodu procedury wizowej nie udało nam się tam wybrać wcześniej. Do Suchumi dotarliśmy więc akurat na koniec września – i na abchaskie święto niepodległości, które okazało się prawdziwą fetą na ulicach stolicy.
Abchazja zauroczyła nas nie tylko gościnnością, ale również niesamowitą przyrodą oraz klimatem. 


I to by było na tyle. Ostatnie dni w Gruzji, przebyte w Abchazji, po powrocie pozostało jedynie spakować się i pożegnać.Tak więc teraz, kiedy kończymy już  naszą gruzińską przygodę, chcielibyśmy serdecznie podziękować wszystkim, którzy pomogli nam ją przeżyć. Dziękujemy ekipie Centrum Inicjatyw UNESCO oraz naszym gospodarzom - Youth Association Droni, dziękujemy naszym koordynatorom, bez których nasza praca nie byłaby możliwa, dziękujemy wszystkim którzy nam pomogli. Wszystkim kierowcom na stopie, wszystkim pytanym o drogę, wszystkim, którzy nie zawahali się nam doradzić, pomóc, a czasem i nakarmić ;)

 

Mam nadzieję, że niedługo spotkamy się jeszcze raz. Gorące pozdrowienia z lotniska w Kutaisi!
DIDI MADLOBA! 

piątek, 3 października 2014

Ekologia i dziennikarstwo - Summer under 12 stars

W ostatnim czasie całą uwagę skupiliśmy na przygotowaniu warsztatów dla dzieci. Naszym tematem przewodnim była ekologia. Jest to o tyle ważny temat, bo w Gruzji nie jest on rozwinięty, często też pomijany. Pierwszego dnia przygotowaliśmy zabawy i gry związane z tematem, w których musiały zgadywać ile poszczególny przedmiot rozkłada się etc. Ciekawie było widać zszokowanie uczestinków, gdy uświadamiały sobie jak często długo to zajmuje. Jednym z elementów warsztatów było też „sprzątanie świata”, które my znamy ze szkół, a tutaj nie jest organizowane zbyt często. Był to dzień bardzo produktywny, mamy nadzieję też, że dał dużo do myślenia dzieciom. 


Kolejne dni przygotowywaliśmy plakaty mające na celu promować ekologię. Ostatniego dnia przygotowaliśmy dla dzieci treasure hunting w pobliskim Ogrodzie Botanicznym. Zabawa spotkała się z dużym entuzjazmem dzieci, które podzielone na dwie drużyny konkurowały ze sobą, odgadując nowe zagadki porostawiane po całym miejscu. Wszystkie dzieci nagrodziliśmy ciastkami.
W weekend wybraliśmy się do Uszguli, najwyżej położonej wioski w Europie, 2200 m.n.p.m, u stóp Szchary. Spędziliśmy cały dzień idąc pod lodowiec, a wieczorem zostaliśmy ugoszczeni u jednej z rodzin. 



Po dniu spędzonym z młodzieżą z gimnazjum, często odwiedzaliśmy American Corner
– miejsce, w którym można korzystać z komputerów z dostępem do internetu, wypożyczać książki w języku angielskim, czytać amerykańskie gazety czy korzystać z amerykańskich gier planszowych. Organizowane są tutaj także kursy o różnej tematyce zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Parę razy miałam okazję przeprowadzić lekcje języka angielskiego dla pań pracujących w budynku, w którym znajduje się American Corner. Było to niezwykle ciekawe dla mnie doświadczenie, gdyż nigdy wcześniej nie uczyłam tak dojrzałych osób. 


Moment, kiedy panie  zaczęły wykorzystywać wiedzę, którą starałam się im przekazać, przyniósł mi wiele satysfakcji. Pewnego dnia zaproszono nas na spotkanie z młodzieżą uczestniczącą w zajęciach letniej szkoły. Poproszono nas o opowiedzenie o naszej pracy jako wolontariusze i o Polsce. Dzieci z zaciekawieniem słuchały o naszym kraju, a także zasmakowały im polskie słodycze, które przyniosłam na przełamanie lodów. Zaskoczyły nas propozycją, żebyśmy zostali ich widownią, gdyż chcieliby pokazać nam prezentację na temat amerykańskich świąt narodowych i krótki filmik o zajęciach i imprezach organizowanych przez American Corner. Było nam bardzo miło, że zostaliśmy tak ciepło przyjęci i spędziliśmy popołudnie w miłej atmosferze.


            





Przedostatni tydzień warsztatów poświęciliśmy na kręcenie filmów dokumentalnych dotyczących życia mieszkańców Zugdidi. Pierwszego dnia ustaliliśmy tematy naszych filmów i podzieliliśmy się na grupy. Ania przez tydzień dowiadywała się o życiu niepełnosprawnych, Gosia badała temat religijności, Tomek wypytywał mieszkańców o związki, a ja próbowałam rozmawiać z kobietami na temat ich życia w Gruzji. Każdy z nas pracował w grupie 2-3 osobowej. Dzięki temu mięliśmy świetną okazję, żeby bardziej zintegrować się z młodzieżą i pouczyć ich trochę angielskiego, gdyż zostali rzuceni na głęboką wodę – pierwszy raz nie było przy nich naszej koordynatorki lub mentorki, które pełniły rolę tłumacza. Każdy z nas pracował podobnie – najpierw musieliśmy zebrać materiał niezbędny do złożenia filmów, więc postanowiliśmy robić wywiady z mieszkańcami. 



Współpracowałam razem z dwunastoletnią Anano, która była dziennikarką, a ja kamerzystką. Niestety, ale większość pań zgodziła się na wywiady tylko języku gruzińskim, więc  musiałam zaufać Anano i jedyne co byłam w stanie powiedzieć po gruzińsku to „madloba”, czyli dziękuję po przeprowadzonym wywiadzie. Potem Lika, koordynatorka projektu, przetłumaczyła, to co nakręciłam. Muszę przyznać, że Anano wywiązała się świetnie ze swojej roli!  Po zgromadzeniu materiałów spotykaliśmy się z dziećmi w American Corner, gdzie w programie do tworzenia filmów wspólnie wybieraliśmy co nadaje się do pokazania publiczności, a co należy pominąć. Owocem naszej pracy są krótkie filmy dokumentalne, które swoją premierę będą miały dzisiaj w szkole. Ciekawe, który film podbije serca publiczności...

piątek, 12 września 2014

Jagody początki we Francji

Od 7 września we Francuskim Agen przebywa wolontariusza wysłana przez Centrum Inicjatyw UNESCO - Jagoda Maćkowiać. Przez 11 miesięcy będzie pracowała w tamtejszym Domu Europy. Jak podsumowuje swój pierwszy tydzień?



Zgięta pod wypchanym wielkim plecakiem turystycznym, po wyciągnięciu z pociągu jeszcze większej walizki, stanęłam nareszcie, po siedemnastu godzinach podróży autobusem, samolotem i pociągiem, na dworcu w Agen, zmęczona, zgrzana i niepewna. Oto miasto, w którym spędzę najbliższe jedenaście miesięcy, pracując jako wolontariuszka EVS dla Maison de l’Europe de Lot et Garonne. Naprzeciw wyszli mi trzymająca kartkę z moim imieniem Christine oraz Hervé z flagą europejską w ręce – małżeństwo, które gości mnie w swoim domu przez pierwszy tydzień pobytu we Francji.

Nie spodziewałam się. To stwierdzenie najlepiej oddaje moje odczucia z tego tygodnia. Nie spodziewałam się bowiem tak miłego przyjęcia, serdeczności i otwartości. Nie spodziewałam się także takiej gotowości do pomocy, ciągłego wsparcia i załatwiania za mnie wszystkich formalności, jako że zazwyczaj zajmowałam się takimi sprawami samodzielnie. Poza tym, nie spodziewałam się  panujących w Agen wysokich temperatur i nierozważnie nie zabrałam ze sobą sandałów (jak wiadomo, trudno się domyślić, że w południowej Francji zazwyczaj słońce grzeje mocno). I nie podejrzewałam, że miasto okaże się tak ładne.


Na razie mam bardzo niewiele pracy, przyglądam się z boku, poznaję metody działania Domu Europy i panujące tu zwyczaje. Wielkie szczęście, że znam język francuski, bez tego byłoby mi dużo trudniej!
Dziś w południe zorganizowano moje uroczyste powitanie, na które przyszli pracownicy Domu Europy oraz zatrudnieni w nim lektorzy języków obcych, w większość obcokrajowcy. Każdy przygotował jakieś danie i tu z patriotyczną dumą przyznaję, że mój jabłecznik à la polonaise był bardzo chwalony. Dzisiejsza uroczystość zbiegła się z pięknym jubileuszem: czterdziestolecie swojej pracy dla Domu Europy obchodziła jedna z jego pracownic.


W niedzielę przeprowadzam się do „nowego” mieszkania, które znajduje się w budynku połączonym z siedzibą centrum Europe Direct; będę je dzieliła pewną z Angielką, która pod koniec września przyjedzie do Agen, aby pracować jako lektorka. Chroniąc się w cieniu przed upałem, czekam na przyszły tydzień, który przyniesie mi zapewne więcej pracy i ulgę w bólu głowy, na który cierpię z powodu nadmiernej ilości wrażeń.



wtorek, 9 września 2014

Od pustyni po lodowce - "Summer under 12 stars"

Stolica Gruzji była jedynie przystankiem w naszej dziewięciodniowej podróży. Prosto z Tbilisi postanowiliśmy udać się na podzieloną gruzińsko-azerbejdżańską granicą pustynię. Niedaleko niej znajduje się cel licznych pielgrzymek, wykuty w skale monastyr Davit Garedża. Droga do klasztoru była równie ciekawa jak cel podróży – do świątyni dojechaliśmy stopem przez spalone słońcem, pozbawione życia pustkowie. U celu pomachaliśmy Azerbejdżanowi (który na pewno odwiedzimy następny razem) i po zwiedzeniu wykutego w skale kompleksu byliśmy gotowi na 10 kilometrowy spacer przez skwar i piasek do jedynej osady (i oazy) pośrodku pustyni. 



Okazało się jednak, że znów mieliśmy szczęście – z drogi zabrał nas bus którym podróżowała przemiła rosyjska rodzina. Wśród śmiechów, arbuzów i czaczy minęła nam podróż z powrotem na przedmieścia Tbilisi. Stamtąd wyruszyliśmy do stolicy gruzińskiego wina – Kachetii.







Region słynący z produkcji doskonałego wina (wiedzieliście, że nazwa „wino” pochodzi od gruzińskiego słowa ghvino ? – przynajmniej tak twierdzą Gruzini) okazał się również stolicą gościnności, a to za sprawą przemiłego taksówkarza, który nie tylko zaprosił nas do swojego domu, gdzie czekała na nas tradycyjna supra (czyli gruzińska uczta) oraz domowe wino ale także następnego dnia zawiózł nas do, oddalonej o kilka kilometrów od centrum regionu, katedry Alaverdi.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było miasto zakochanych – Sighnagi. Tam musieliśmy niestety pożegnać Kachetię, ponieważ ponownie wzywało nas Tbilisi – tym razem tylko na chwilę. Tam uzupełniliśmy zapasy, a kolejne dni spędziliśmy w górach, u stóp królewskiego pięciotysięcznika – Kazbeku.


Gruzińska Droga Wojenna (przejście przez góry Kaukazu prowadzące z Tbilisi do Władykaukazu w Rosji) zapewnia podróżującym moc wrażeń. Droga, wytyczona przez serce potężnego górskiego masywu, powala pięknymi widokami i nienaruszoną przyrodą. Prowadzi też do Stepancmindy, górskiego „kurortu” będącego bazą wypadową dla alpinistów chcących zdobyć Kazbek.  Dla nas był to jedynie przystanek – namiot rozbiliśmy pod uroczym kościółkiem Gergeti, a następnego dnia wyruszyliśmy w trasę pod lodowiec. Kazbek, samotny i potężny, był dla nas łaskawy – ze szlaku burza zmiotła nas tylko raz, ale na krótko. Po sześciogodzinnym trekkingu dotarliśmy do okalającego szczyt lodowca (na którym nie omieszkaliśmy zagrać w karty ;)). 




Widoki zapierały dech w piersiach, żal było schodzić w dół. Nic jednak nie trwa wiecznie, więc musieliśmy udać się w dół, a po nocy spędzonej ponownie w okolicy kościółka (i przygodach z burzami i gradem) wrócić do naszego Zugdidi. Bo urlop już się kończył a nas czekał kolejny tydzień warsztatów – tym razem poświęconych ekologii. 


sobota, 6 września 2014

Rękodzieła, wujaszek Stalin i wizyta w Stolicy - Summer under 12 stars

Ostatni dzień pracy przed naszymi wyjazdami zakończyliśmy wystawą w lokalnej galerii sztuki, prezentując  dzieła wykonane wspólnie z młodzieżą szkolną. Większość wystawy zajęły nasze rękodzieła wykonane w tradycyjny sposób. Udało nam się zaprezentować  tradycyjne ludowe stroje m.i.n nakrycia głowy,szaliki czy kamizelki. Wśród naszej wystawy nie zabrakło również ręcznie wykonanej biżuterii. Podziwiać wystawe, mogli wszyscy mieszkańcy naszego miasteczka do ostatnich godzin otwarcia galerii.




Po wystawie rozpoczęła się nasza dziewięciodniowa podróż. Na początku za cel obraliśmy sobie Gori w którym nie oszukujmy się główną i  najciekawszą atrakcją jest muzeum owianego złą sławą Gruzina Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego, znanego jako Stalin. Gori jest miastem w którym przyszedł na świat i właśnie w nim można poznać historie jego życia zwiedzając muzeum. Możliwe jest również zwiedzanie z przewodnikiem w języku angielskim. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się,że na miejscu można zakupić różnego rodzaju pamiątki ze podobizną głównego "bohatera", a wybór jest wcale niemały. Można wybierać od koszulek, pocztówek, zapalniczek, zapałek, kubków, poprzez różnego rodzaju zdjęcia, aż do win z podobizną Stalina na etykiecie butelki kończąc. 



Trzeba przyznać,że muzeum samo w sobie jest interesujące i zawiera ogromną liczbę ciekawych eksponatów. Na zewnątrz wystawiony jest wagon podróżny pociągu, którym przemieszczał się najsurowszy przywódca ZSRR oraz kopia domku rodzinnego w którym mieszkał do trzeciego roku życia. Nie brakuje również typowego pominika Stalina przed głównym wejściem. Po zapoznaniu się z wieloma ciekawostkami z jego życia noc spędziliśmy pod namiotem na szczycie twierdzy z malowniczym widokiem na miasto.






Następnego dnia za kolejny przystanek naszej podróży obraliśmy historyczne miasto i zarazem byłą stolicę Gruzjii Mtschete. Zwiedziliśmy tam kilka monastyrów oraz posmakowaliśmy po razk kolejny gruzińskiej kuchni. Jednakże najbardziej oczekiwanym punktem wycieczki była obecna stolica  -Tbilisi. Centrum miasta nie różni się tak bardzo od innych europejskich stolic jednakże ma swój własny klimat. Miasto naprawdę żyje, szczególnie wieczorami tętni życiem. Jest pełne turystów, którym ukazuje swoje zalety. Eklektyzm starych budowli i nowoczesnej architektury tworzy naprawdę niesamowity efekt.  W mieście nieodzwonym punktem trasy turystycznej jest kolejka linowa prowadząca na sam szczyt Tbilisi. Gorąco zachęcamy do wybrania się tam w nocy aby móc podziwiać  oświetlone miasto w całej okazałości.